poniedziałek, 12 lutego 2018

Ogromny projekt denko - grudzień i styczeń

12/02/2018


Po dłuższej przerwie w publikowaniu wpisów, przyszedł czas na prezentację kosmetyków, które dobiły denka w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Jak widać, uzbierało się ich sporo, co bardzo mnie cieszy. Zapraszam na krótkie recenzje produktów zużytych w grudniu i styczniu.


Alterra - szampon do włosów nadający blasku morela i pszenica. Świetny. Wszystko mi w nim odpowiadało: zapach, skład, konsystencja, działanie - z pewnością do niego powrócę.

Isana - sól do kąpieli o zapachu alpejskich ziół. Pachniała świeżo, barwiła wodę na zielono. Nie robiła zbyt dużej piany, ale i tak była fajna.

Ministerstwo Dobrego Mydła - mydło w kostce czekomięta. Używałam zarówno do mycia całego ciała, jak i do mycia rąk i byłam z niego bardzo zadowolona. Sprawdziło się świetnie, pięknie pachniało, a zatopione w nim kawałki liści mięty dodatkowo peelingowały skórę.


Nacomi - olej z pestek winogron. Nie jestem najlepsza w zużywaniu olejów różnego typu, co widać na załączonym obrazku. Ten muszę wyrzucić, bo termin na jego zużycie minął. Oleju używałam pod oczy, tak jak zaleca producent. Użyłam go wiele razy, czego nie widać po zużyciu, co świadczy o tym, że jest bardzo wydajny. Sama forma stosowania oleju zamiast kremu do mnie nie przemówiła. 


Catrice - kamuflaż. Mój ulubiony - w awaryjnych sytuacjach sprawdzał się idealnie.


Efektima - masło do ciała. Było w porządku, ale jego zapach niezbyt przypadł mi do gustu.


Ministerstwo Dobrego Mydła - olej z pestek śliwki. Kolejny olej, którego nie zdążyłam zużyć. Stosowałam go do pielęgnacji końcówek włosów oraz od czasu do czasu wieczorem na całą twarz. Olej pachniał intensywnie marcepanem, za którym nie przepadam. Myślę, że najlepiej sprawdziłby się w pielęgnacji skóry suchej.

Benefit - tusz do rzęs They're Real. Pięknie rozdzielał i pogrubiał rzęsy, nie osypywał się, a do tego miał świetną szczoteczkę.

Essence - żel do brwi Make Me Brow w odcieniu 02 browny brows. Bardzo dobry, nadawał lekkiego koloru, dobrze utrwalał brwi. Polubiłam go na tyle, że w użyciu mam już kolejne opakowanie.


Marion - olejek do włosów. Kolejny olejek, którego nie zdążyłam zużyć. Zużyłam go do połowy. Stosowałam na końcówki. Pięknie pachniał.

Hada Labo Tokyo - maska w płachcie głęboko nawilżająca. Nie zachwyciła mnie ta maseczka. Nie zauważyłam po jej użyciu żadnego efektu. Nic specjalnego.

Yves Rocher - próbka kremu na noc. Nic specjalnego.


Sylveco - tymiankowy żel do mycia twarzy. Mój ulubieniec. Za całokształt - zapach, skład, działanie, opakowanie z pompką. Jeśli nie próbowałyście, koniecznie nadróbcie zaległości.

Biolaven - płyn micelarny. Bardzo dobrze się u mnie sprawdził, spełnił wszystkie moje wymagania. To już drugie zużyte opakowanie i w kolejce czeka kolejne. Miał przyjemny zapach lawendy i winogron oraz bardzo dobry skład.

Sally Hansen - lakier do paznokci nr 140 rockstar pink. Pięknie wyglądał na paznokciach, był w sam raz na świąteczno - sylwestrowy czas. Niestety dość szybko się zdzierał, a (jak to zwykle z brokatami bywa), jego zmywanie nie zależało do najłatwiejszych).


Vianek - balsam do ciała łagodzący. Świetny produkt o rewelacyjnym składzie i przepięknym zapachu. Szybko się wchłaniał, ale pozostawiał skórę odżywioną i nawilżoną. Dodatkowy plus za pompkę.

Dove - szampon. Miał kremową, bardzo gęstą konsystencję, co niezbyt mi odpowiadało. Obciążał włosy i miałam wrażenie, że włosy po umyciu nim szybciej się przetłuszczały. Nie kupiłabym ponownie.

Sylveco - peeling enzymatyczny. Nie polubiłam się z nim, ponieważ nie lubię tej formy oczyszczania twarzy. Próbowałam, lecz niestety, wyrzucam połowę. Stosowałam się do zaleceń producenta, jednak nie zaobserwowałam oczyszczenia skóry. Wolę peelingi ziarniste (np. jego korundowego starszego brata), ponieważ po ich użyciu widzę efekt od razu. Myślę, że peeling taki, jak ten, lepiej sprawdziłby się przy bardzo wrażliwej skórze.  


Organic Shop - maska do włosów awokado i miód. Była bardzo gęsta i treściwa, trzeba było uważać z nakładaną ilością, bo lekko obciążała włosy. Ogólnie była ok, ale mnie nie zachwyciła.

Marion - oczyszczający plaster na nos z aktywnym węglem bambusowym. Faktycznie widocznie oczyścił pory na nosie.

Vichy - próbka kremu pod oczy. W porządku, jednak przez przypadek dostał mi się do oczu i wywołał koszmarne szczypanie.


Delia - lakier czarny z brokatem nr 507. Wyglądał przepięknie, jednak bardzo szybko zasechł w opakowaniu. Jak to z brokatowymi lakierami bywa, by go zmyć trzeba było spędzić w łazience 15 minut.

Rimmel - lakier bialy nr 703 white hot love. Ładny, trwały, dwie wersje pokrywały płytkę paznokcia, do tego miał wygodny, szeroki pędzelek.

Janda - maseczka na dobranoc. U mnie się nie sprawdziła. Użyłam ją dwa razy i mam wrażenie, że produkt mnie zapchał.


Bilka - żel do higieny intymnej. Kupiłam go w drogerii internetowej z naturalnymi kosmetykami, więc założyłam że jego skład będzie w porządku (na stronie nie był podany). Niestety, skład był okropny i z pewnością nie użyłabym takiego produktu do mycia okolic intymnych. Zużyłam do mycia pędzli i rąk i w tej roli sprawdził się bardzo dobrze.

Nacomi - cukrowy peeling do ciała. Pięknie pachniał pomarańczami. Pozostawiał skórę miękką i lekko natłuszczoną. Nie trzeba było po jego użyciu nakładać balsamu. Polecam.

Evree - peeling cukrowy do ust o smaku pomarańczowym. Nie zużyłam do końca, ponieważ mimo, że się nie przeterminował, zaczął nieprzyjemnie pachnieć. Dla mnie jest to zbędny i mało wygodny w użytkowaniu gadżet. Używam teraz pomadki z peelingiem Sylveco, która sprawdza się o niebo lepiej.


Isana - zmywacz do paznokci bez acetonu. Bardzo dobry produkt, kupiłam jego większą wersję.

Origins - krem do twarzy Gin Zing. Krem był bardzo lekki, pachniał pomarańczami, ale nie zauważyłam jego działania. Dlatego za tą cenę uważam, że nie jest wart zakupu.

Clarins - próbka kremu na dzień. Wystarczyła na kilka dni używania. Krem był w porządku, ale jakoś specjalnie mnie nie zachwycił.


Yves Rocher - żel pod prysznic o zapachu lawendy i jeżyny. Zapach przyjemny, świeży. Konsystencja rzadka i lejąca, dlatego dość szybko się skończył.

Tołpa - płyn micelarny. Wielka butla, ale mimo to bardzo szybko się skończył - to wina zbyt dużego otworu w opakowaniu. Sam produkt był bardzo dobry, z dobrym składem. Może nie zmywał makijażu tak skutecznie jak Garnier, ale i tak go lubiłam.

Sylveco - próbka balsamu myjącego do włosów z betuliną. Zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie.


Dove - antyperspirant. Lubię antyperspiranty tej marki i to już któreś z kolei zużyte opakowanie. Nie lubię sztyftów, ani kulek, dlatego mój wybór zwykle pada na te w sprayu. Chronią dla mnie wystarczająco, nie zostawiają białych śladów na ubraniach. Tę wersję zapachową lubię najbardziej.

Sylveco - pasta do zębów. Ze wszystkich niedrogeryjnych past, ta jest w pierwszej trójce. Miała fajny smak, super naturalny skład i jest bez fluoru. Kupię kolejną.

Blend-a-med - pasta do zębów. Nie przepadam za pastami tej marki, ale ta nie była zła.

I to już wszystkie puste opakowania po produktach, które za chwilę z satysfakcją wyrzucę do kosza. Znacie coś z moich zużyć? 

3 komentarze: