czwartek, 14 lipca 2016

Moja kolekcja kosmetyków do makijażu

14/07/2016


Ostrzegam, to będzie wpis tasiemiec. Nieczęsto rozpisuję się o produktach do makijażu, ponieważ raczej skupiam się na pielęgnacji, ale w mojej szufladzie z kosmetykami znajduje się trochę kolorówki, której używam na co dzień. Jako że na moim blogu traktuję "kolorówkę" troszkę po macoszemu i możliwe, że o niektórych produktach nigdy bym nie wspomniała, zaprezentuję moją całą kolorową "kolekcję". Jest to wszystko, co mam. Niczego nie pominęłam. Myślę, że mój zbiór ilościowo nie różni się zbytnio od zawartości kosmetyczki przeciętnej kobiety. Zapraszam na prezentację i krótkie recenzje. 


Na początek oczywiście podkłady, czyli to, co nakładamy na początku. Nie używam żadnej typowej bazy pod makijaż, ale zawsze przed rozpoczęciem "upiększania się" nakładam krem, którego używam na dzień. Aktualnie jest to Evree Magic Rose krem upiększający, który bardzo dobrze sprawdza się u mnie jako baza. Od dłuższego czasu nie używam podkładu wcale lub nakładam go bardzo mało. Gdy mam jakieś większe wyjście, wtedy oczywiście o nim nie zapominam. Najbardziej z trzech powyższych lubię Rimmel Lasting Finish w odcieniu soft beige. Odcień ma lekko ciemniejszy od pozostałych, dlatego na tą porę roku jest dla mnie najbardziej odpowiedni. Krycie ma dobre, ale wygląda bardzo naturalnie. Nie podkreśla ewentualnych suchych skórek i jest bardzo trwały. Daje delikatny efekt rozświetlenia. Serdecznie go polecam. Kolejnym ulubieńcem jest podkład Bourjois 123 Perfect w odcieniu light vanilla, którego używałam podczas mniej słonecznych miesięcy. Ma podobne właściwości do wspomnianego wcześniej, lecz jest o wiele jaśniejszy i bardziej matujący. Ostatnio zapomniany jest u mnie Revlon Colorstay w odcieniu buff do cery normalnej i suchej. Jest on mocno kryjący, matujący, niezwykle trwały i jest dobrym produktem do zastosowania podczas wydarzeń wymagających bardzo trwałego i nienagannego makijażu. Mój makijaż codzienny nie ma być ciężki, ponieważ nie chcę nadmiernie przeciążać mojej cery. Uważam, że używanie tego podkładu codziennie mogłoby u mnie doprowadzić do zapychania skóry, a tego bym nie chciała. Podkład ten jest świetny, lecz do używania z umiarem. Na ostatek zostawiłam krem BB Golden Rose w odcieniu najjaśniejszym 01 light. Jest on ze mną od niedawna, jednak świetnie się u mnie sprawdza i ostatnio to właśnie po niego sięgam najczęściej. Posiada SPF 25, jest lekki, idealny na co dzień. U mnie konieczne jest dodatkowe przypudrowanie, ponieważ po zastosowaniu tego produktu po jakimś czasie skóra lekko mi się świeci w strefie T. Stosuję na niego transparentny puder ryżowy i jest w porządku.


Korektory są u mnie absolutnie niezbędne. Lubię stosować je doraźnie w miejscach, które w danym momencie tego wymagają oraz pod oczy, by przykryć cienie. Zaczynając od lewej. Korektor w pisaku Wibo aktualnie czeka na pierwsze użycie, więc póki co nie mogę się na jego temat wypowiedzieć. Drugim jest Maybelline Affinitone w odcieniu 01 nude beige, który jest świetny. Używam go pod oczy oraz zamiast bazy pod cienie i bardzo dobrze mi służy. Właśnie go denkuję, więc na pewno zaopatrzę się w kolejny. W środku znajduje się również ulubieniec: kamuflaż w płynie Catrice w odcieniu 020 light beige. Nie stosuję go pod oczy, ponieważ jest za ciężki, ale w innych miejscach sprawdza się bez zarzutu. Czwartym korektorem jest Art Scenic kryjąco - rozświetlający Eveline, który dla mnie jest ogromnym bublem. Nie sprawdza mi się w żaden sposób, a na skórze wygląda po prostu brzydko. Nie cierpię również, gdy nadruk z opakowania od kosmetyku się ściera, a tak właśnie bardzo często dzieje się z produktami tej firmy. Ostatnim produktem jest mocno kryjący korektor Rimmel w odcieniu 020 ivory, który łudząco przypomina kamuflaż w słoiczku z Catrice. Konsystencję ma bardzo zbitą i gęstą. Jest również bardzo trwały.  


Pudry są w moim makijażu również totalnymi niezbędnikami. W ciągu dnia moja cera zaczyna lekko się świecić w strefie T i wtedy ratuję się bibułkami matującymi oraz pudrem. W ostatnim czasie szczególnie lubię te w formie sypkiej: Ecocera ryżowy oraz Wibo Fixing Powder. Po nie sięgam najczęściej. Puder ryżowy Ecocera matuje bardzo trwale, jest transparentny, a nałożony umiejętnie i z umiarem nie bieli cery. Puder półtransparentny Wibo jest w zasadzie niewidoczny, również dobrze się u mnie sprawdza. Teraz pora na pudry w kamieniu. Maybelline Affinitone to totalny bubel. Moim zdaniem nie robi nic. Nie lubię go i chyba się go pozbędę. Natomiast puder Lasting Finish marki Rimmel dobrze się u mnie sprawdza, jest dość mocno kryjący, jak na produkt prasowany. Z powodzeniem może zastępować podkład. Matuje na długi czas i wygląda bardzo naturalnie. W opakowaniu ma lusterko i miejsce na gąbeczkę.


Przyszedł czas na róże do policzków, które moim zdaniem doskonale zwieńczają każdy makijaż i sprawiają, że buzia wygląda promienniej. Pierwszymi różami, które u mnie goszczą, są te umieszczone w palecie Make Up Revolution Sugar&Spice. Jest to duża paleta, w której znajduje się aż sześć róży do policzków oraz dwa rozświetlacze (po które nie sięgam zbyt często). Wybór odcieni jest duży, dlatego każdy może w niej znaleźć coś dla siebie. Takie spektrum kolorów pozwala na wykonanie wielu różnych makijaży. Znajdziemy tu bowiem cukierkowy róż, ładną brzoskwinię, a nawet odcień, który spokojnie mógłby posłużyć jako bronzer. Ogromnym plusem tej palety jest to, że róże w niej umieszczone mają zadziwiająco dobrą pigmentację i są niesamowicie trwałe - utrzymują się na policzkach przez cały dzień. Wysoka pigmentacja sprawia jednak, że podczas aplikacji można przesadzić z ilością kosmetyku, dlatego do użycia tej palety przyda się dobry pędzel i większa uwaga podczas nakładania. Plusem jest również cena: w stosunku do jakości jest bardzo niska (30 zł). Jestem z tej palety bardzo zadowolona i serdecznie ją polecam. Drugim produktem są perełki rozświetlające z Avonu. Jest to doskonałe połączenie różu z rozświetlaczem. To mój pierwszy i jedyny produkt do makijażu w formie kulek. Wcześniej tego typu kosmetyki kojarzyły mi się ze słabą pigmentacją i prawidłowym działaniem tylko na początku. W tym przypadku tak nie jest. Kuleczki cały czas są dobrze napigmentowane i nasycone kolorem. Ponadto produkt jest niezwykle prosty i wygodny w aplikacji, nie można z nim przesadzić. Po nałożeniu kości policzkowe są ładnie podkreślone, a zarazem rozświetlone. Serdecznie polecam ten kosmetyk. Kolejnym różem w mojej małej kolekcji jest Makeup Revolution - Wow! Ten róż ma wszystkie cechy, jakie powinien posiadać produkt tego typu. Jest dobrze napigmentowany, całkowicie matowy, bez drobinek, ma przepiękny odcień i długo trzyma się na policzkach. Dla mnie plusem jest też jego kompaktowy rozmiar - idealnie sprawdza się w podróży. Do tych wszystkich zalet należy dodać niską cenę: 6 zł. Z kolei róż
So Susan znalazłam w jednym z pudełek beGlossy. Od samego początku bardzo go polubiłam. Ma bardzo ładny, delikatny odcień i maleńkie drobinki, które lekko rozświetlają. Kosmetyk jest dobrze napigmentowany i świetnie się u mnie sprawdza. Najdłużej w mojej toaletce gości róż Bourjois - odcień o brun cuivre - wypiekany w przepięknym, lekko brzoskwiniowym odcieniu. Pięknie pachnie, nie zawiera parabenów. Podczas aplikacji trzeba się niestety dość mocno namęczyć. Na początku bez problemu można było nabrać pędzlem odpowiednią ilość produktu, jednak po pewnym czasie kosmetyk jakby "zasechł"? Dziwne przy różu. Normalne aplikowanie pędzlem jest praktycznie niemożliwe. Żeby wydobyć produkt trzeba go zdrapać do formy pyłku, a dopiero potem go nałożyć. Mimo tej dużej niedogodności muszę stwierdzić, że róż jest bardzo dobry, jednak praca jaką trzeba wykonać, by osiągnąć pożądany efekt, niestety bardzo zniechęca. 


Bronzerów używam bardzo oszczędnie i nie codziennie - jeśli już, to jedynie nad linię żuchwy. Ultra Bronze Make Up Revolution i Honolulu W7 są do siebie bardzo podobne (Honolulu jest lekko ciemniejszy). Trudno z nimi przesadzić, są idealne dla jasnych karnacji i dobrze napigmentowane. Jeden i drugi bardzo lubię i polecam. 


W mojej toaletce mam trzy rozświetlacze. Pierwszym jest Wibo Diamond Illuminator, po którego sięgam najczęściej. W tym maluszku zakochałam się już po pierwszym użyciu. Przede wszystkim dlatego, ponieważ przypadł mi do gustu jego odcień. Ponadto drobinki są bardzo drobno zmielone, a przez to tworzą przepiękną poświatę, która robi piorunujące wrażenie szczególnie w świetle słonecznym. Ten rozświetlacz idealnie się sprawdza, a do tego kosztuje mniej niż dziesięć złotych. Nie dziwi mnie ilość pochwał na jego temat. Moim zdaniem są w pełni uzasadnione. Drugim jest Wonderful Cushion Sephory. Daje podobny efekt, a wygodna forma aplikacji (gąbeczka, z której trzeba wycisnąć produkt), wiele ułatwia. Ostatnim rozświetlaczem jest Wibo Eclat De Luxe w formie sprayu. Nie używam go często - jedynie na większe wyjścia spryskuję nim dekolt.


Z natury mam ładne, gęste i ciemne brwi, dlatego nie muszę ich jakoś specjalnie podkreślać, uzupełniać... W razie potrzeby wspomagam się kredką z Catrice oraz pisakiem Longlasting Browdefiner tej samej marki. Kredkę bardzo lubię, ale pisak często się "zacina", co utrudnia aplikację produktu. Ważne natomiast dla moich brwi jest ich utrwalenie żelem. Żel Make Me Brow Essence spisuje się na medal. Z kolei Eyebrow Fixer Shape & Define z Wibo, bezbarwny żel również sprawdza się świetnie, jednak utrwala brwi nieco słabiej.



Baza pod cienie Art Deco średnio się u mnie sprawdza. Przeszkadza mi to, że ma w sobie małe drobinki. Ogólnie używam jej bardzo rzadko, a jako baza pod cienie zdecydowanie lepiej sprawdza się u mnie korektor. 


Wyżej dwie paletki cieni. Po lewej moja najukochańsza Flawless Make Up Revolution. Zawiera szeroką gamę cieni, którymi można wyczarować setki różnych makijaży na każdą okazję. W jej skład wchodzą aż 32 cienie o wykończeniu matowym (cztery pionowe z lewej strony oraz czarny w prawym dolnym rogu), satynowym oraz bardzo błyszczące. Pigmentacja jest bardzo dobra, trwałość również. I co bardzo ważne - cienie nie osypują się. Uwielbiam tą paletę za jej różnorodność i uniwersalność. Druga paletka to również Make Up Revolution, Iconic 3. Utrzymana głównie w odcieniach brązów i beży. Pojawiła się u mnie pierwsza z czterech prezentowanych i dalej bardzo ją lubię. Pigmentacja mnie zadowala, kolory ma bardzo uniwersalne, jest idealna do makijaży dziennych. 


Paleta cieni Nude Dude The Balm należy również do moich ulubieńców. Jej kolory nadają się na co dzień, jak i na większe wyjścia. Jest uniwersalna, trwałość cieni na powiekach jest ogromna, a pigmentacja bardzo wysoka. Ostatnią paletką w moim zbiorze jest Wonderful Dreams SephoryPochodzi ze świątecznej edycji limitowanej. Ma osiem cieni zarówno matowych, jak i bardziej szalonych. Cała paleta utrzymana jest w stonowanej kolorystyce, czyli takiej, jaka najbardziej mi odpowiada. Pigmentacja cieni jest średnia, dobór kolorów również. Plus za formę wizualną i to, że jest wysuwana. Z czterech wymienionych tę lubię najmniej. 


Przyszedł czas na cienie pojedyncze. Niebieskie cienie Carlo Di Roma i satynowy biały cień w odcieniu sugar Miyo są ze mną baaaaaardzo długo. Myślę, że około sześciu lat. Tak, wiem, powinnam już się ich pozbyć, ale nie szkodzą mi i nic się z nimi złego nie dzieje, więc zostaną u mnie. Może jakimś cudem je zużyję. Ich jakość nie jest powalająca, ale nie są też bardzo złe. Cienie Pierre Rene (nr 99 reality - ładny śliwkowy oraz nr 37 true beige - beż z drobinkami) są bardzo dobre. Lekko się osypują, ale przy umiejętnej aplikacji dają radę. Polecam szczególnie ten drugi. Cień w kremie Maybelline Color Tatoo w odcieniu creme de nude kupiłam z ciekawości, pod wpływem pozytywnych recenzji, ale nie sięgam po niego często. Jakoś nie mogę się do niego przekonać. Kolejnym cieniem, tym razem w kredce jest brązowy cień marki Sumita, który kiedyś zagościł w beGlossy. Wygodna forma, jednak również nie często go używam. Szczególnie chciałabym polecić cień nr 505 My Secret. To prawdziwa, tania perełka. Naturalnych odcieni nude używam najczęściej, dlatego ten cień bardzo mi się przydaje. Pigmentację ma świetną, jego gramatura też jest dość duża, a cena bardzo niska (ja go kupiłam w promocji za 3,50). Polecam zajrzeć po niego do Natury. 


Teraz czas na kilka "ogryzków". Pierwsze dwie czarne kredki oraz najdłuższa ostatnia są z Pierre Rene i Eveline. Mam też brązową, wodoodporną, przepiekną kredkę Rimmel Scandaleyes, która jest świetna. Na środku moja nowość - kredka w odcieniu nude Emily nr 122 na linię wodną, która jest idealna. Na zdjęciu widnieją jeszcze dwie kredki Wibo: niebieska i granatowa, które są owocem promocji w Rossmannie, ale póki co, nie miałam okazji używać ich zbyt często.


Eyelinery bardzo lubię i używam często. Ulubieńcem w kolorze czarnym jest matowy marki Lovely. To już któreś z kolei opakowanie, jestem mu wierna od dawna, ponieważ jego czerń jest rzeczywiście bardzo czarna, nie kruszy się, ma wygodny pędzelek i utrzymuje się w nienaruszonym stanie przez cały dzień. Drugim i ostatnim eyelinerem, jaki mam jest Super Liner Perfect Slim L'oreal w pięknym odcieniu butelkowej zieleni. Również jest świetny, a jego aplikacja jest jeszcze łatwiejsza niż u poprzednika. Jednym i drugim z łatwością namalujemy pożądaną, precyzyjną kreskę. 


Staram się nie otwierać kilku tuszów na raz, dlatego aktualnie używam Genial Volume Pierre Rene. Ma dużą szczoteczkę, jednak nauczyłam się z nią obchodzić. Nie kruszy się i ładnie wydłuża rzęsy. Mogę go polecić. Gdy mam więcej czasu, przed nałożeniem tuszu nakładam serum do rzęs Eveline Advance Volumiere, które skutecznie wspomaga tusz. Sprawia, że rzęsy wydają się być jeszcze bardziej gęstsze i dłuższe. Tusz Eveline Volume Celebrities oraz Lovely Pump Up czekają na swoją kolej. Tego drugiego używałam już wcześniej, a powtórny zakup potwierdza to, że świetnie mi służył.


Muszę przyznać, że za błyszczykami nie przepadam. Mam, robiłam kilka podejść, ale jakoś mi z nimi nie po drodze. Z reguły nie są zbyt trwałe i dość szybko "schodzą" z ust, pewnie dlatego stawiam na trwalsze formuły. Truskawkowy balsam W7 umieszczony w pięknej puszcze w stylu retro nadaje ustom delikatnego czerwonego kolorytu. Jednak jest naszpikowany parafiną i trzyma się na ustach bardzo krótko. Z kolei błyszczyk Kiss Kiss z Sephory jest lekko różowy z delikatnymi, pięknie mieniącymi się drobinkami. Dosłownie błyszczy! Z tych czterech, które mam, najlepszy. Błyszczyk Catrice Beautyfyinh Lip Smoother 010 sweet caramel oraz błyszczyk Mary Kay użyłam dopiero kilka razy i jakoś specjalnie mnie nie zachwyciły. Mam zamiar zrobić kolejne podejście.


Już od dłuższego czasu lubuję się w produktach do makijażu ust. Nie lubię mieć ich niepomalowanych. Tym bardziej, że dobrze dobrany odcień na ustach jest idealnym dopełnieniem całości makijażu. Uzbierała mi się dość spora ilość pomadek, kredek itp. Na pierwszy ogień idą dwie kredki do ust Inglot nr 11 i 31. Obie lubię, jednak częściej używam czerwonej, którą serdecznie polecam. Po kredkę Essence nr 11 in the nude nie sięgam często. Natomiast Lip Matic nr 02 z Pierre Rene spisuje się bardzo dobrze. Jest bardzo trwała i ma wygodną, wysuwaną formę, co ułatwia aplikację.


Extra Lasting nr 1 marki Lovely to pomadka w płynie, która po nałożeniu na usta zastyga do matu. Jest niesamowicie trwała - nie straszne jej jedzenie i picie. Mimo przeszkód pozostaje na ustach w nienaruszonym stanie. Przed aplikacją warto nałożyć nawilżający balsam, ponieważ może lekko przesuszać. Serdecznie ją polecam. Kredka z balsamem do ust Astor nr 003 caramel envy jest ładna, nudziakowa, z bardzo drobnymi świecącymi drobinkami. Przyjemnie pachnie i jest trwała. Na ustach wygląda jak błyszczyk. Moim ogromnym ulubieńcem jest pomadka w kredce Color Wear Lovely w pięknym odcieniu różu, który jest idealny do podkreślenia naturalnego koloru ust. Produkt jest niesamowicie trwały, ma nieczęsto spotykaną, bardzo komfortową konsystencję i nie wysusza ust. Dla mnie jest to absolutny numer 1 ze wszystkich kosmetyków do ust, jakie mam. Kto nie zna, niech koniecznie wypróbuje!


Pora na pomadki. Na zdjęciu w kolejności zaczynając od lewej strony:

* Astor soft sensational moisturizing lipstick 103 peachy pink - kwintesencja koloru różowego. Ładna, trwała, kremowa. Polecam. 

* Miss Sporty perfect color lipstick 13 candy cake - ciemnoróżowa, pachnie grejpfrutem, niezbyt trwała, taka sobie.

Maybelline color sensational matte 955 craving coral - krwistoczerwona, matowa, nowość u mnie.

* Maybelline 620 bare to be bold - jasny nude, nieładny, nijaki, trupi. Nie polecam.

* Make Up Revolution Bliss - koralowa, o dziwnej konsystencji, niezbyt trwała. Nie polecam.

* Astor soft sensation 203 - delikatna czerwień z drobinkami, połyskująca. Trwała, ale nie zachwyca. 

* Catrice ultimate colour 010 be natural - ładny kolor nude, kremowa, trwała, ładnie pachnąca.

* Bell anti-age & shine 030 - delikatny róż, błyszcząca z lekkimi drobinkami. Niezbyt trwała, ale lubię ją. 


I to już koniec. Tak wygląda moja cała "kolekcja" kosmetyków do makijażu. Ciekawa jestem czy Wasze zdanie na ich temat jest podobne do mojego?

3 komentarze:

  1. ale ilość ;) ja mam takie stałe kosmetyki, których zawsze używam jak latem krem BB garnier/ bądz bb snail skin 79 zimą, bronzer bikor, róż the balm, roświetlacz the balm, oraz tusze loreal ;)
    PorcelainDesire

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetnie się czytało, pozdrawiam i zapraszam

    OdpowiedzUsuń